- Sebastian Adamczewski
- 31 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Popołudnie
Wczoraj paskudnie się czułem, nie pisałem, nie ćwiczyłem ale też nie leżałem. Jak to się mówi "wrzuciłem na luz". Taka niemoc mnie wczoraj ogarnęła, że "stand by" to był jedyny słuszny stan - jak w telewizorze.. W związku z nieprzespaną nocą i opryszczką organizm zarządził przerwę - ja nie protestowałem. Dziś już wszystko wrócił do normy. Gumy na ręce, na brzuch też - z prądów dziś zrezygnowałem.. Za to jeśli chodzi o platformę - to był "ten dzień" i po pierwszych dziesięciu minutach poprosiłem Lenę o kolejne dziesięć. Za chwilę zamierzam to powtórzyć..
To ostatni dzień roku, więc ubiegły wypadałoby podsumować. Zmieniło się tak naprawdę niewiele.. W funkcjonalności? W zasadzie nic - nadal nie mówię, nie chodzę nie ubieram się, lewą rękę mam "nieczynną", sam z łóżka nie wstanę, nie panuję nad oddechem (nie do końca - o tym za chwilę).. Szkoda.. Nabieram jednak sił. Wszystko robię pewniej, lepiej, mocniej. Jestem bardziej wyprostowany i trochę bardziej aktywny. Co do oddechu - nadal go nie pogłębię. Jestem w stanie oddychać jednak mocniej (na czyszczenie nosa to się jeszcze nie przekłada), nie głębiej ale "mocniej". I na dwie sekundy go wstrzymam. Co może nie jest super wynikiem ale "zaczynem" jakiejś kontroli.. Nie mówię ale pojawiły się głoski typu "k,ch,g" (co prawda by uzyskać kompresję zatykam nos), czego do tej pory nie było... Czy jestem zadowolony? Na tyle mnie już znacie, że możecie sobie sami odpowiedzieć.. W każdym razie obiektywnie stwierdzam - progres jest. I - co prawda tylko prawą ręką - ale zacząłem ćwiczyć na gitarze..
A propos gitary - pewno już dawno miałbym wyprasowaną koszulę na sobie i rozgrzewałbym palce na jakiejś pięknie przystrojonej sali.. Lubiłem tę robotę. Mimo tego, że to wiele godzin niewdzięcznej pracy, wcale nie tak intratnej jak się wielu zdaje.. Nie jeden zazdrościł takich profitów za te kilkanaście godzin "roboty". Nie biorąc pod uwagę jednak nieustających a koniecznych nakładów na sprzęt, czy naukę i mozolnie przepracowanych codziennym , żmudnym ćwiczeniem godzin. Czasem grywało się dla wdzięcznych, rozbawionych gości, którzy potrafili docenić kunszt muzyka ale zdarzało mi się też chować za sprzętem, żeby nie dostać przelatującymi obok przedmiotami albo grać "bonanzę", patrząc jak goście ochoczo "piorą się po mordach". Uwierzcie - tabliczka z napisem "nie strzelać do orkiestry" to wcale nie śmieszny żart. Kto udzielał się w życiu jako klezmer, ten wie, że to nie jest łatwa "robota" i obarczona stosunkowo wysokim ryzykiem. "Śmierć na tysiąc sposobów" jest tuż obok.. Kiedy na przykład wujek Zdzisio - dwumetrowy chłop z gospodarską ręką jak bochen chleba - z sympatii podczas grania próbuje kogoś utopić, wlewając mu wódkę z butelki prosto do gardła. Jak mu odmówisz - zginiesz z tej właśnie potężnej ręki. Jak przestaniesz grać efekt będzie podobny.. Utopić się w wódce? Marna śmierć.. Bywały też takie imprezy, że podczas kilku godzin "roboty" zagrało się coś w rodzaju godzinnego koncertu dla zachwyconych gości zza granicy a zadowolony zleceniodawca podwajał umówioną stawkę..
Scena - to było zawsze zupełnie inne przeżycie. Większość to były zwykłe koncerty ale zdarzały się też takie, podczas których człowiek faktycznie miał wrażenie, że unosi się nad ziemią.. Było to zawsze zależne od ludzi, którzy grali - czy traktowali to wyjątkowo, jaki był poziom tremy itd. Współzależna, wyjątkowa energia...
Dość wspominek!
Życzę Wam aby ten rok przyniósł pozytywne zmiany a jeśli jest dobrze - niech nie zmienia się wcale.. Ja chciałem dwa lata temu radykalnych zmian - dostałem com chciał.. Uważajcie..


