- Sebastian Adamczewski
- 4 dni temu
- 1 minut(y) czytania
Wieczór
Słabo dziś.. Zwykle (kiedy czuję się dobrze) jest z wszelką aktywnością tak, jakby mi kto kazał w słoneczny dzień, w samo południe przy trzydziestu stopniach wykopać w kamienistej ziemi rów.. Głęboki na metr pięćdziesiąt, szeroki na pół. I czuję się jakbym z pięć metrów już wykopał - to jest "normalnie".. Dziś czuję się, jakbym wykopał już z dziesięć metrów. Nie jest to (raczej) wynikiem tygodnia pracy - ot - taki dzień.. Owszem, była platforma, klin, brzuszki i przysiady ale ruszam się jak człowiek, który od dziesięciu minut się topi.. To są nieskoordynowane, rozpaczliwe ruchy..
Dziś do południa odważyłem się chodzić przy łóżku. Prawą ręką trzymając się łóżka, jedynie przy niewielkiej asekuracji ze strony Leny. Wzdłuż krótkiej krawędzi więc były to jedynie cztery kroki w przód i tyle samo do tyłu. I tak kilka razy. Były to jednak samodzielne kroki.. Stwierdziłem, że więcej rzeczy "wyczaję" polegając na własnym zmyśle równowagi niż wtedy kiedy za ręce mocno trzymają mnie terapeuci. Żeby było jasne - ich uwagi są jak najbardziej słuszne ale "chodząć" samemu muszę je wprowadzić w życie, bo inaczej "wyrżnę" prędzej niż zrobię krok.. Poza tym kiedy mnie mocno trzymają - jak się nie zastosuję - jestem bezpieczny. I nie mam tej swobody.. Nie zrobię "swingu" w prawo jeśli ktoś mocno mnie trzyma z lewej strony - za mało w tułowiu siły.. W każdym razie - "chodzenie" w domu wplatam już na stałe do repertuaru domowych ćwiczeń..


