- 13 maj
- 2 minut(y) czytania
Wieczór
Wczorajszy dzień był taki sobie, więc postanowiłem nie pisać, żeby nie biadolić. Zajęcia wczoraj z Panią Magdaleną w miarę ale moje próby "dreptania" mi się kompletnie nie podobały. Odciążam lewą nogę już całkiem nieźle ale wtedy robi się bezwładna. Ładnie się zgina.. I pozbawiona jest wtedy napięcia, które pozwala mi "kopnąć".. Jak nie urok, to... Jak wygeneruję to napięcie, to kieruję siłę w dół. Raczej do wyprostu nogi, niż do zgięcia. Zwykły "ktoś" zastanowiłby się teraz "o co kaman?! Przecież w ten sposób się nogę prostuje a tak zgina..". No właśnie rzecz w tym, że ja myślę "zegnij" a ona się prostuje. I ja czuję, co działa nie tak ale nie umiem tego odkręcić.. Jakby ktoś przypisał niewłaśćiwe działania dobrym komendom. Na komendę "prostuj rękę" na przykład mruga prawe oko a na "mrugnij" prostuje się noga. Może nie dokładnie to się odbywa ale działania są tak absurdalne, jak podany przykład.. Robię w tym powoli porządek ale komendy odpowiadającej "kopnij" jeszcze nie znalazłem. Zorientowałem się, że kiedy próbuję w miarę szybko zrobić krok lewą nogą, to ona idzie "z automatu". Lekko, daleko, szeroko. Warunek - musi być w miarę rozluźniona zaraz po przeniesieniu ciężaru na prawą. Żeby tak się stało, to krok prawą musi być zdecydowany, z lekko ugiętej lewej. Czyli bardziej muszę się przygotować na krok prawą, mimo że umiem go zrobić. I staram się już eliminować "ruchy kompensacyjne", takie jak unoszenie głowy kiedy siedząc na wózku podnoszę nogę (bez sensu) albo przechylanie się w bok, żeby zrobić krok lewą.. Jeszcze sporo tego mam a tak jak ostatnio mówił Jarek - ciężko się będzie później tego pozbyć.. Jak coś się zakorzeni i stanie się nawykiem - "kaplica".
A propos - dziś Magda z Jarkiem mnie zmęczyli a praca mi się podobała. Zarówno wejście na schody jak i zejście wymagało pewnej "powakacyjnej" inicjacji ale dość szybko "zaskoczyłem" co mam robić. Kwestia właściwych rotacji bioder i korygowania wiecznie wysuniętej do przodu głowy - powoli daję radę. Jeszcz "trzeba wejść" moją lewą nogą, bo nie umiem ale już potrafię nią inicjować zejście (Magda mi ten ruch koryguje, żeby trochę dalej i w bok). Dziś - że tak napiszę - "były momenty" i powoli zaczynam rozumieć "jak". To wolny ale satysfakcjonujący proces. Przestałem się już "burzyć", że stał się "solą życia". Przestałem narzekać, że los mi sprawił psikusa i teraz "muszę". Bo ja wcale nie muszę.. Umówmy się - taki mam charakter i chcę.. Przed udarem też robiłem trudne rzeczy, bo lubię. I choć to, co robię to wydaje się być czymś zwyczajnym - z mojego "punktu siedzenia" to sporty ekstremalne.. Trochę mi przeszkadza wieczny śmiech, parskanie, które natychmiast mnie kompresuje, zwija do środka i nie pozwala robić wielu rzeczy. Nie myślę już jednak o tym "kiedy". Nie liczy się to, żeby zrobić tylko to, żeby robić. Możliwości teraz są "takie". Jasne, że będę zadowolony "jak już będę mógł coś tam..". Mam jednak dość czekania, więc uczę się wyciągać jak najwięcej satysfakcji z tego, co dzieje się teraz..
