- Sebastian Adamczewski
- 29 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Popołudnie
Chory dziś jestem.. W nocy budził mnie katar i gorączka. Teraz niby nic ale "niemoc" większa niż zwykle - trudno z nią walczyć. Poza tym wiem, że w takich chwilach organizm potrzebuje energii na coś innego i w głębokim poważaniu ma to, że mam plan.. Ćwiczę więc ale na "pół gwizdka". Mam co robić.. Magda z Siankiem dostarczyli mi kawałki swojej wizji "Warszyca". Orkiestra, chóry - te sprawy. Wszystko trzeba jednak ocenić pod o kątem przydatności, odtworzyć ale w dobrej jakości - jest co robić. Poza "Warszycem" (w wolnej chwili dla rozrywki) World Od Tanks. Niestety nadal gram znienawidzoną artyleria. Wycwaniłem się i zarówno w programie muzycznym jak i w WOT przypisałem część potrzebnych klawiszy do myszki. Ale w "czołgach" niektórych ważnych funkcji zastąpić się w ten sposób nie da.
Lewa noga jakby luźniejsza. Co prawda platforma to dla niej wciąż za dużo i kiedy próbuję się wyprostować wchodzi w przeprost. Na początku dziesięciominutowej sesji, kiedy kucam - jest OK. Kiedy jednak tylko próbuję się rozprężyć, kolano sztywnieje - platforma to dla mnie wciąż sport ekstremalny. Żeby się w miarę wyprostować muszę stanąć na palce. A kiedy dodatkowo (oprócz wibracji) dopadną mnie klonusy i zaczyna "trzepać" całym ciałem w niekontrolowany sposób - wyobraźcie sobie.. Mimo choroby "zrobiłem" dziś już dwa razy - zobaczymy do ilu dojdę. Nie bez przyczyny nazywam to swoim własnym rodeo. Gumy na ręce to jest to - czuję. Zobaczymy jednak czy to da spodziewany efekt. Pamiętać trzeba, że nie mięśnie są moim problemem. To, że pracują nie znaczy, że je "obudzę" do danych funkcji. Pamiętacie - kiedy się przeciągam, to wszystko pracuje. Ręką się prostuje, szeroko rozpościerając palce, noga się zginą a piętą niemal dotykam pośladka, ciało się wykręca w różne strony, wyginając się niczym kot.. Bezwiednie potrafię westchnąć, biorąc przy tym bardzo głęboki oddech.. Świadomie jednak żadnej z tych czynności nie wykonam lub zrobię to w bardzo niewielkim stopniu.. Jednak jakiś tam ruch już jest. Do przodu..
Cezar - mój brat - starym filmem przypomniał mi czasy PRLu.. Fakt - dzieckiem byłem ale coś tam pamiętam. Zanim "zadomowiłem" się w miejskim klimacie akademickiej bohemy, byłem dzieckiem prawdziwego, mieszczącego się w północnej części kraju PGRu, gdzie moja (świętej pamięci) mama pracowała jako księgowa..
Codziennie o siedemnastej stałem z trzylitrową "kanką" w kolejce po świeże, ciepłe jeszcze mleko, którego smak doskonale pamiętam.. Było tak tłuste, że po wypiciu zostawiało na ustach biały ślad, jakby namalowany farbą olejną. Taki "odbiór" mleka był też okazją do pierwszych spotkań z "sympatiami" (bo gdzież by mi kto wtedy na randkę pozwolił) i wysłuchania najświeższych plotek - jeśli człowiek był czegoś nieświadomy - wystarczyło iść po mleko.. Albo w sobotę stanąć w kolejce po chleb (czasem bywała to ponad godzina a spory "ogonek" kolejki był zawinięty na zewnątrz sklepu). Był to jednak - zależnie od pogody i pory roku - hardcorowy sposób na "zbieranie informacji". Człowiek za to dowiadywał się szczegółów dotyczących zdarzeń w powiecie. Nie tylko, kto ostatnio zmarł, bo zjadł muchomory ale kto z kim śpi i jakie z tego rodzą się dzieci..
Pamiętam festyny pierwszomajowe, na które jako młody trębacz jeździłem z orkiestrą dętą. Bywały takie, na których brnąłem po kostki w śniegu. Częściej jednak wspominam takie, na których słońce mieszało się z różnorodnością kolorowych strojów i dekoracji - przeważał oczywiście kolor czerwony i jakże "doniosłe" hasła. A odświętny nastrój tożsamy był z zapachem kiełbasy i oparami wszechobecnego alkoholu.. Mało kto bywał w ten dzień trzeźwy. A propos "trzeźwy" - pamiętam wymarły chyba już teraz zawód - traktorzysta.. Ci byli wyjątkowi. Zobaczyć takiego trzeźwym - graniczyło z cudem.. Częściej słyszało się jak żony pytały, czy ktoś widział/słyszał: "ady leżoł w rowie a dziecioki mu kijokiem w rozporku grzebały". Bywały oczywiście wyjątki. Ale tu jednak tendencja była jedna..
Jadę na platformę..


