- Sebastian Adamczewski
- 22 gru 2025
- 2 minut(y) czytania
Wieczór
Lena robi porządki.. znalazła jeszcze kilka “artefaktów” przeszłości, które raczej już potrzebne nie będą. Pieluchy, strzykawki do PEGa. To wszystko, to już kawałki historii.. Budzą bolesne i wstydliwe wspomnienia. Ale z drugiej strony świadczą o postępie. Pamiętam jak pozbywałem się PEGa - wystający z brzucha wężyk, przez który wtłaczano we mnie pożywienie. Połykałem zbyt rzadko, by móc się najeść a płynu nie byłem w stanie przyjmować - za rzadki - utopiłbym się. PEGa pozbyłem się latem. Nie chcieliśmy iść do Żywca do szpitala - zrobiliśmy to w Oświęcimiu. Normalnie - na NFZ. Jakieś tam kombinacje były (co okazało się) ale lekarze wykonujący zabieg załatwili to sprawnie na miejscu. Miałem (jak się okazało) najbardziej solidną wersję PEGa z możliwych ale w związku z tym trzeba było część usunąć “od środka”. Gastroskopia - wsadzili mi przez gardło kawał rury, do rury manipulator i końcówkę odciętego PEGa ostrożnie wyciągnięto mi przez gardło.. Sama przyjemność - jak się domyślacie. Ale trzeba było to zrobić, bo “sznurek” był już jakiś czas nie używany. Kiedy zamieniłem pieluchy na zwykłe majtki, tego nie kojarzę. Ale też jakoś latem - wcale nie wcześnie. Co prawda przestały być potrzebne wcześniej ale wolałem je nosić “w razie czego” niż spalić się ze wstydu.. To była moja decyzja..
Święta za pasem.. Pamiętam jak co roku (od dawna taka tradycja) chodziliśmy ze znajomym w góry po “żywą” choinkę. To była cała wyprawa! Szliśmy zwykle wysoko. Pierwsze dwa lata na lewą stronę szczyrkowskiej doliny, bo tam jak znajomy mawiał - kawałek własnego lasu. Wcześniej miałem obawy - potrzebne przecież zezwolenia itd. ale skoro “jego”? Prawa i miejscowych zwyczajów nie znałem. Ufałem, że jest jak należy.. Chodziliśmy po lesie szukając tych “jedynych” i łykaliśmy co jakiś czas z piersiówki ostry, domowej roboty trunek. Jak zaczynałem tę “tradycję” miałem może ze trzydzieści lat. Wtedy to jeszcze były zimy! Czasem brnęliśmy w śniegu po pas a mróz sięgał dwudziestu paru stopni na minusie.
Na trzeci rok poszliśmy niespodziewanie na prawą stronę doliny.. O nic nie pytałem - w końcu kolega “tutejszy” - wie co robi. Wyszliśmy w głębokim śniegu na fantastyczną polanę, na której rosły idealne, niewysokie drzewka. Pociągnąłem z piersiówki spory łyk, rozejrzałem się - "pięknie tu na górze" - pomyślałem.. “Nie wiedziałem, że masz tyle lasu. Ten też Twój?” na co znajomy uśmiechając z poważną miną powiedział: ”nie. Ale stąd mój widać”... Już nigdy więcej nie pytałem skąd bierzemy te piękne drzewka.. Zapach żywicy i radość w domu rekompensowały tę niepewność - warto było..
Zajęcia dzisiaj były super. Godzina z Łukaszem - “Burn”. Nie ma ”zmiłuj” ale ja tak lubię.. Pracujemy cały czas nad brzuchem. Przy podciąganiu się bardziej pracują ręce ale im dużo jeszcze potrzeba. Więc niech tak będzie. Za to brzucha nie czuję prawie wcale, co nie znaczy, że on nie pracuje.. Po prostu nie wszystko się jeszcze “obudziło” i czuję, że jest zapas mocy ale nie umiem go włączyć.
Potem Rafał - dużo pracowaliśmy na brzuchu - super. Ogólnie z zajęć jestem zadowolony. Ciekawe, co będę robić w Święta. To "machanie uszami" już mi tak weszło w krew, że czuję lekki niepokój przed taką długą przerwą.. Jeszcze jutro i co dalej?! "Chyba panie psychłolug jaki abo co?". Żartuję..


