- Sebastian Adamczewski
- 6 dni temu
- 2 minut(y) czytania
Wieczór
Dzisiaj trochę mam "muchy w nosie".. Nie wiedzieć właściwie dlaczego. Od rana, bezzasadnie jestem na "nie". Fizycznie OK i zajęcia bardzo fajne, mimo włączających się często klonusów. Denerwujące to ale zdążyłem się przyzwyczaić. Niewiele mogę teraz na to poradzić - pogodziłem się z tym..
Wracam do swoich praktyk związanych z ćwiczeniami - czyli "ogień". Ten spokój wcale mi nie służy. Pewno tak jest tylko w moim przypadku (zawsze przydarzały mi się rzeczy, z którymi nikt się nie spotkał) ale lepiej się czuję, kiedy ostro ćwiczę. Przez ten niemal tydzień ograniczałem się do stania i rozciągania. Wracają ćwiczenia siłowe, platforma, kostki pod stopy itd..
Chcę napisać o jednej rzeczy. O tym jak się zmienia po takiej katastrofie punkt widzenia. Niechybnie spotkała mnie katastrofa. W zasadzie moje dotychczasowe życie zostało "zawieszone" na czas nieokreślony. I teraz kawałek po kawałku wydzieram je z potem na plecach światu czy nie wiem komu.. Nie zacząłem dostrzegać jego "piękna", doceniać tego, że mogę umyć zęby - wkurzam się, że muszę robić to nad miską a nie nad zlewem. Jak każdy normalny człowiek.. Nie upajam się chwilą, tylko z niecierpliwością czekam, kiedy wreszcie zejdę z tego cholernego wózka. Nie cieszę się z tego, że mogę wziąć kubek do ręki, bo przecież to jest w "standardzie" i każdy głupi to potrafi. Nie doznałem olśnienia i nie przeszedłem "duchowej metamorfozy". Owszem - doceniam więcej.. Dostrzegam "majstersztyk" ewolucji czy Stwórcy - jak kto woli. Niezwykłość tego co zawsze wydawało mi się normalne - jak umiejętność wiązania butów czy (jak już kiedyś wspominałem) samego chodzenia. Złudzenie prostoty w wymagających skomplikowanych obliczeń ruchach. Inaczej postrzegam życie i śmierć. Już się nie boję "przejścia" na tą drugą stronę a obecne istnienie jest dla mnie już tylko doświadczeniem. Żadnym cudem, darem czy czymś w tym rodzaju.. Nie mam w sobie tego zachwytu, którym często afiszują się ludzie po traumatycznych przeżyciach. Nie poddaję pod wątpliwość tego, że niektórym się to zdarza. Mnie - nie.. Bardziej ubolewam nad swoją - mam nadzieję - tymczasową ułomnością niż cieszę się z tego, co już się udało odzyskać.. Co nie znaczy, że mnie to nie cieszy. Po prostu traktuję to bardziej w kategoriach powrotu do normalności niż cudu..


