- Sebastian Adamczewski
- 15 sty
- 1 minut(y) czytania
Rano
Wczoraj był "szalony" dzień. Jaro zaproponował żebyśmy poćwiczyli na schodach.. Oczywiście oprócz ćwiczeń na sali. Pomyślałem - wchodzenie na stopień dobrze mi zrobi - chętnie. W domu robię na kostce ale to mało bezpieczne i niskie. Z Rafałem we wtorek "robiłem" schody - Dobrze by było kontynuować. Podczas ćwiczeń wpadła Magda stwierdzając, że schody to dobry pomysł i dołączy. I tak na ostatnie pół godziny poszliśmy. Wcześniej Jaro wyjaśnił, że schody to mega profit. Że nie ma "zmiłuj". Że tu się już nie da oszukiwać - przesuwać bezwładne nogi czy coś w tym stylu. Wszystko musi pracować jak należy - kolana, stopy itd.. Dla Was wchodzenie po schodach nie jest niczym nadzwyczajnym - ot - zwykła czynność, którą robi się często wiele razy dziennie. Bezmyślnie.. Przyszła Magda. Na początku ćwiczyliśmy na pierwszych stopniach Wejście - zejście. Z moim sztywnym kolanem to nie łatwe.. Później Magda i Jarek postanowili zaryzykować i wejść wyżej. I tak wspomagając mnie noga za nogą "weszli mną" kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt schodów na półpiętro.. Głównie to była ich praca - Magda szła przodem, starając się żebym nie poleciał do tylu. Jarek w tym czasie zajmował się moimi sztywnymi nogami pomagając je prawidłowo przekładać. Dlatego piszę, że "mną weszli". Przez chwilę to był krok dostawny - czyli prawą nogą wchodzę, lewą dostawiamy. Szybko jednak zaczęliśmy iść "normalnie" - każdą nogą stopień wyżej.. Z zejściem po dłuższej chwili odpoczynku było prościej. Łatwe to jednak wcale nie było.
Dziś zajęcia z Grzesiem, więc z pewnością intensywnie - zobaczymy czy coś po tych wczorajszych schodach będzie mi dokuczać.. Po południu napiszę o ewentualnych reperkusjach wczorajszego "szaleństwa".


