- 1 kwi
- 2 minut(y) czytania
Do południa
Wikipedia:
"Prima aprilis (z łac. prima (dies) Aprilis – dosł. „pierwszy (dzień) kwietnia”), dzień żartów – obyczaj obchodzony pierwszego dnia kwietnia w wielu krajach na całym świecie. Polega on na robieniu żartów, celowym wprowadzaniu w błąd, nabierania kogoś, konkurowaniu w próbach sprawienia, by inni uwierzyli w coś nieprawdziwego. Tego dnia w wielu mediach pojawiają się różne żartobliwe informacje. Pochodzenie tego zwyczaju nie jest dokładnie wyjaśnione."
Mnie do żartów raczej nie jest.. Choróbsko odpuszcza ale powoli. Dobrze że odwołałem zajęcia bo dziś na schody nie miałbym siły. Jest już jednak na tyle dobrze, żebym porobił coś sam.
Wczoraj była Pani Magdalena - chodzenie odpuściliśmy. Dobrze, że tylko (i aż) nos zapchany. Może na tym się skończy..
Wczoraj wieczorem uciąłem sobie małą "pogawendkę" z Markiem Jarosem - tym od "inteligencji emocjonalnej" , którego artykuł mam na blogu.. Uświadomiłem sobie jedną rzecz. Od dawna nie traktuję stanu poudarowego jak choroby, stanu przejściowego.. Zacząłem to traktować jak etap w życiu, doświadczenie. Coś w czym (niestety) muszę funkcjonować i w miarę możliwości robić swoje.. Żeby nie spędzić reszty życia (bo tak naprawdę nie wiem ile go zostało) w "poczekalni". Bo cóż to znaczy, że będzie "normalnie"? Jak zacznę chodzić? Używać lewej ręki? Mówić ? Grać na gitarze? Mogę tak wiecznie czekać "aż" i wtedy będzie normalnie? Nie.. Ten wózek, to moje wystawanie przed oknem, kompozycje, Lena - to moje życie. Nie wygląda teraz może zbyt dobrze ale rozwija się. Jasne - nie poprzestaję na tym co jest, bo chce więcej - nie zadowala mnie ten stan.. To jednak nie grypa, nie przeziębienie - nie przejdzie w tydzień. Robić swoje i nie uzależniać swojego szczęścia, komfortu od czegoś, co ma dopiero teoretycznie nadejść..
